sobota, 30 stycznia 2010

Nic nie robienie - Dzien 17

Dzis zrobilismy sobie i Maksiowi dzien dziecka, czas spedzalismy glownie na placu zabaw dla dzieci. Nigdzie nie pojechalismy i nic nie zobaczylismy. Za to nasz syn wyszalal sie porzadnie:)
Spedzilem za to ponad dwie godziny przy normalnym komputerze i oto efekty...


swiezy sok na ulicy w Georgetown...

...mozna zjesc i napic sie:)

Swiatynia Kek Lok Si, ponizej rowniez...





to nie jest oswiecenie...

podroz minibusem do Cameron Highlands

ja i Maksio...

...w dzungli

autobus odjezdza punktualnie, ale pozniej go zlapac to cud

pijemy herbatke na wzgorzach

zbiory lisci herbaty...

...i nawadnianie uprawy

niepozowane zdjecie, naprawde!

pieknie tu:)

Cameron Highlands



nowe przyjaznie na placu zabaw



nic nie robienie;)

czy nasze dziecko wyglada jak choinka?;)

piątek, 29 stycznia 2010

Biedne motylki - Dzien 16

- Kiedy wraca ten autobus? - zapytalem pomocnika kierowcy w drodze na plantacje
- Autobus jezdzi co dwie godziny - odrzekl
- Tak, ale co ktore dwie? - trzeba bylo jakos zaplanowac powrot
- A ty wiesz o ktorej ten autobus bedzie wracal?
- No, nie.. - odpowiedzialem
- Ja tez nie wiem! - zawolal zanoszac sie smiechem
I tak oto dojechalismy na inna tym razem plantacje herbaty, lecz aby dojsc do celu trzeba bylo walnac pare kilometrow z buta. Dla nas piechurow to nie problem hehe. Po drodze widoki zapieraly dech w piersi, naprawde warte tego wysilku. Na miejscu znow mozna bylo napic sie herbatki. Tym razem odmowilem sobie tej przyjemnosci. W zamian zjedlismy lody:) Byla tez fabryka ze szklana szyba gdzie mozna bylo popatrzec na proces technologiczny tworzenia herbaty oraz popstrykac fotki pracownikom, niczym malpom w klatce. Troche to wszystko pod publike i malo rzeczywiste. W drodze powrotej zaczal padac deszcz. My niestrudzenie szlismy przed siebie, kiedy zatrzymal sie samochod z propozycja podwozki. Ach, ten Maksio ulatwia nam chyba zycie:)
Potem poszlismy do ogrodu motyli. Wszyscy polecali to miejsce ale my rozczarowalismy sie. Duzo owadow lezy na ziemi, maja polamane skrzydelka lub sa podeptane i cala reszta tych malych zwierzakow jest zaniedbana. Poza tym widzielismy w klatkach chomiki, gesi, kroliki, kury itp wow. Doszlismy do wniosku, ze nie bedziemy wiecej odwiedzac takich miejsc. Zadnych pokazow zwierzat, farm stworzonych specjalnie pod turystow. Moze to swiata nie zmieni, ale nie chcemy przykladac reki do meczenia naszych mniejszych braci.
Jesli chodzi o nasze plany, to zostaniemy tu jeszcze dwa, trzy dni a potem kierujemy sie na polnoc, by znalezc sie nad cieplymi wodami Zatoki Tajlandzkiej.
Mamusiu nie martw sie, robali tu nie ma, a komarow brak.
Wieczorem spelnilem swoje skryte marzenie. Kupilem kapelusz. Co prawda Dorotka mowi, ze wygladam jak kretyn, ale przeciez sa wakacje. Zawsze czulem sie wloczykijem.

czwartek, 28 stycznia 2010

Plantacje herbaty, wow! - Dzien 15

Dzis przekraczamy taka nasza prywatna granice normalnosci. Otoz nasze najdluzsze wakacje trwaly dwa tygodnie. A teraz... Niewiadoma ilosc dni przed nami. To znaczy z grubsza wiemy juz, ze bedzie to okolo 5-6 miesiecy w podrozy, ale i tak dla nas to nowosc:) Mamy tez pewne przemyslenie. Za szybko to wszystko robimy, musimy troche zwolnic tempa, przeciez nigdzie nam sie nie spieszy... Powoli nabieramy dystansu do spraw przyziemnych, ktore zostaly gdzies daleko za nami...
Dzis wybralismy sie autobusem na poludnie w kierunku miejscowosci Habu. Pozniej 6km marszu pod gore (my z Maksiem na plecach a Asia w 5-tym miesiacu ciazy) i tak dotarlismy na plantacje herbaty. Naprawde warto. Przepiekne widoki, tu akurat zdjecia beda mowic same za siebie. Kreta droga prowadzi na szczyt, gdzie znajduje sie maly sklepik w ktorym mozna zakupic lub napic sie herbaty, lecz my mocno watpimy w jej pochodzenie z okolicznych wzgorz - ja dostalem herbate z torebki haha:) Ale i tak bylo zajebiscie. Po paru orzezwiajacych lykach skoczylismy jeszcze na punkt widokowy, co by to rozejrzec sie lepiej po okolicy.
Zapomnialem w ogole wspomniec, ze zawarlismy blizsza znajomosc z Asia i Marcinem juz na Langkawi. Tam tez umowilismy sie, ze nasze drogi zejda sie ponownie w Cameron Highlands (my musielismy wskoczyc na Penang po wize). Korzystajac z towarzystwa wybralismy sie wspolnie na dzisiejsza wycieczke. W drodze powrotnej Maksio zaliczyl swoj pierwszy raz stopem - przespal te atrakcje nieboraczek.
Naprawde bardzo udany dzien, piekna pogoda, super widoki. I nawet nasz syn dziarsko maszerowal przez niezly kawal drogi. Znow zmeczeni, znow padamy, dobranoc...
P.S. Co to za wakacje, wiecznie wytyrani;)

środa, 27 stycznia 2010

Na szlaku - Dzien 14

W nocy do snu kolysal nas deszcz...
Z samego rana, zaraz po sniadaniu ruszylismy przed siebie. Maksiu siedzial w nosidle u mnie na plecach. Szybko doszlismy betonowa alejka do Robinson Waterfall (wodospad Robinsona). Malo imponujace - troche wody spadalo z gory. Stwierdzilismy, ze dla nas to za malo, wiec nie myslac duzo poszlismy dalej szlakiem. Pamietacie jak pisalem o dzungli? Otoz szybko okazalo sie, ze musielismy isc bardzo waska sciezka, posrod ogromnych paproci, bylo slisko, stromo i bardzo goraca. Na swojej drodze napotykalismy co chwila poprzewracane drzewa, ktore uniemozliwialy nam przejscie, trzeba bylo sie pod nimi czolgac. Upapralismy sie blotem. Podczas gdy ja robilem dziwne wigibasy stresujac sie, skaczac nad kamieniami i przechodzac pod konarami Maks smial sie w najlepsze. Byla to przeprawa przez dzungle. Wszedzie dookola bujna roslinnosc, soczysta zielen. Co chwila cos ocieralo sie o nogi, a rekoma trzeba bylo odgarniac wielkie krzaki, zeby mozna bylo dalej isc. Zewszad dobiegaly dziwne odglosy, nam totalnie nieznane, jakies stukoty, szelesty, spiewy ptakow oraz szum splywajacych strumieni. Lecz gdy przystanelismy na chwile i wsluchalismy sie - czysta harmonia:)
Ogolnie bylo bardzo glosno, zupelne przeciwienstwo polskiego lasu, gdzie drzewa delikatnie szumia i echo niesie sie hen hen. Tutaj oddalilem sie o okolo 15 metrow od Dorotki, krzyknalem za nia, a ona nic nie slyszala.
W przewodnikach i na mapach nazywane jest to "Jungle Walk No.9" W miasteczku jest bardzo duzo turystow, jednak na tym szlaku spotkalismy tylko dwie angielki i pare niemcow.
Bardzo rozpowszechnione jest kupowanie calego pakietu wycieczkowego, ktorego koszt wynosi od 50 do 100RM - transport, wyzywienie itp. Nasza kosztowala tylko ruszenie tylka z miejsca. No dobra, w droge powrotna wzielismy taryfe na spolke z poznanymi na trasie niemcami, poniewaz dziecko zrobilo sie glodne a autobus dlugo nie przyjezdzal. Za taksowke zaplacilismy po 10.
Bardzo wykanczajacy dzien, cztery godziny lazenia po dzungli robi swoje. Jestesmy pozytywnie zmeczeni. Padamy juz na twarz, dobranoc:)

Chlodno tu i pada, Cameron Highlands - Dzien 13

- Kochanie, jak ja mam tu schudnac? - Zapytala Dorotka z wyrzutem zajadajac sie ryzem z warzywami i kurczakiem w miodzie.
Oj tak, jak dotad wszystko co jemy jest pyszne, moze ciut za ostre jak dla Dorotki i Maksa, ale dalej pyszne.
Dzis okolo 16 przyjechalismy do Tanah Rata, malej miejscowosci polozonej miedzy pieknymi zielonymi gorami. Nie obylo sie bez malej przygody podczas jazdy. Ostatnie dwie godziny nasz bus jezdzil po bardzo kretych serpentynach, w gore i w dol, w lewo i w prawo i tak non stop, czesto nad przepascia. Dorotka zaraz zrobila sie blada, ale dzielnie nie puszczala pawia.
- Patrz na horyzont i oddychaj przez nos - latwo bylo mi dawac takie porady, podczas gdy ja czulem sie dobrze.
Maksio siedzial u mnie na kolanach i podziwial widoki przez okno. W pewnym momencie zaczal wolac, ze chce do mamy i nic tylko do mamy. No dobra.. Wtulil sie w swoja rodzicielke i natychmiast solidnie zwymiotowal. Oj biedna ta nasza Dorotka...
Zatrzymalismy sie w Daniel's Lodge i za chwile, jak juz wyzej wspomnialem poszlismy cos przekasic. Moj kurczak byl w sosie cytrynowym - pycha:)
W porownaniu z 30 stopniowym zarem z nieba na Langkawi czy Penang tu jest chlodno, na moje oko nie ma wiecej niz 16 stopni, musielismy ubrac polary haha:) Co chwila pada tu deszcz, niebo jest zachmurzone, lecz niesamowicie komponuje sie to z wszechobecna bujna zielonoscia. Powietrze jest bardzo odswiezajace, mila odmiana.
Zaopatrzylismy sie w mape i jutro z samego rana ruszamy na szlak. Cieszymy sie bo brakowalo nam bardzo rodzimych gor i tego maszerowania przed siebie wyznaczona trasa.

wtorek, 26 stycznia 2010

Zwiedzanie Penang - Dzien 12

Dzis w nocy Dorotka miala niemila pobudke. Ze snu wyrwal ja skowyt obdzieranego ze skory psa. Nie miala jednak odwagi podejsc do okna by zobaczyc co tak naprawde tam sie dzialo...
Dzien w Georgetown i okolicy spedzilismy dosc intensywnie. Najpierw wycieczka na drugi koniec miasta do Konsulatu Tajlandii zlozyc wniosek wizowy. Nastepnie czekajac na wydanie wizy mielismy troche czasu do zabicia, wiec postanowilismy sie z lekka odchamic.
Odwiedzilismy przepiekna swiatynie w samym centrum wyspy, wybaczcie prosze, nie jest to ignorancja z naszej strony a raczej brak czasu, poniewaz nie znam nazwy tego miejsca. Nadrobie zaleglosci i zamieszcze fotki za pare dni. W ogole wszystko robilismy "na czuja". Chcielismy rowniez wjechac na Peneng Hill, jednak od 25 do 29 stycznia trwaja prace renowacyjne kolejki, wiec dupa blada. Nastepne miejsce w miare blisko to Snake Temple (Swiatynia Wezy) hmm... nie polecamy, jeden maly oltarzyk i trzy weze na krzaczkach, nic imponujacego. Glowna atrakcja jest chyba tylko zrobienie sobie fotki z wielkim wezem na szyi - nas jakos taki folklor nie podnieca. A pol wyspy do przejechania, zeby tam sie dostac.
Wiadomosc dla tych, ktorzy sadzili, ze jedziemy do dzungli i braku cywilizacji. W Malezji jak dotad wszystkie srodki komunikacji miejskiej ktorymi sie poruszalismy sa bardzo czyste. W wielu autobusach jest darmowe wifi. Wszystkie standardowe produkty sa normalnie dostepne. Autostrady szerokie i gladkie jak stol. Ale to tylko tak na marginesie. Jak znajdziemy dzungle to damy znac;)
Wyjatkowo w Azji podoba nam sie to, ze tutaj zycie toczy sie na ulicy. Wszedzie mozna usiasc, zjesc, napic sie. Zrobic podstawowe zakupy, pogadac z ludzmi. Jest gwarno i wszystko tetni. Ma to swoj niepowtarzalny klimat, urok. W ogole to ciagle poznajemy nowe ciekawe osoby, a to australijczyk podrozujacy ze swoja corka niewiele tylko starsza od Maksa, albo francuzka bedaca od trzech miesiecy w podrozy, dziewczyna z USA jezdzi juz rok po swiecie...
Nie wspomne nawet o miejscowych kobietach, ktore na widok naszego syna rozplywaja sie w zachwytach. Co chwila jest glaskany, brany na rece, dostaje owoce i slodycze. Wystarczy drugi raz wejsc do tego samego baru a juz slyszymy:
- Aaa! Hello Max!
Jest do bolu milo a nam to odpowiada.
Wedrujac dzis poznym wieczorem po roznych bocznych uliczkach z Maksiem na plecach w nosidle i z Dorotka u boku probowalismy przedziwnych owocow (pocietych na male kawaleczki, zapakowane w torebki foliowe i trzymane w lodzie - przyjemne slodkie orzezwienie). Moja kobieta nie nadaje sie na testera nowych smakow, bo jako alergika zaraz zaczelo ja cos drapac w gardle. Natomiast ja i Maksio dziarsko zajadalismy sie dragon fruit (smoczy owoc), melonem, papaya i paroma innymi pysznosciami - przy okazji sprawdze nazwy, nie bylem w stanie zrozumiec co do mnie mowia;)
Po takim intensywnym dniu bylismy bardzo zmeczeni, ale w taki pozytywny sposob. I znow, zimny prysznic okazal sie zbawienny.
Jutro rano to tzn o 11 pod hotel podjezdza minibus i zabiera nas przez most laczacy Penang z ladem wglab Malezji do Cameron Highlands.

niedziela, 24 stycznia 2010

Penang - Dzien 11

Witam wszystkich, chcialem tylko dac znac ze dotarlismy szczesliwie do Georgetown na wyspie Penang, jestesmy juz zakwaterowani i pojedzeni:) Jutro zalatwianie wizy do Tajlandii i jesli starczy czasu pozwiedzamy troche okolice.

sobota, 23 stycznia 2010

Smagnieci sloncem - Dzien 10

Jako ze jutro opuszczamy cudowna wyspie Langkawi pokusze sie miedzy innymi o male podsumowanie.
Temeratura powietrza o tej porze roku to okolo 33st C, wody 29st C. Wilgotnosc 50%. Wieje, albo czasem i nie bardzo przyjemny leciutki wiaterek. Mowiac po prostu zar leje sie z nieba. Szok termiczny nie jest mozliwy po wskoczeniu do morza... Tylko przyjemne schlodzenie:) a potem dalej cieplutko. Na poczatku smarowalismy sie kremem z filtrem 50, teraz 25 a i tak nie udalo mi sie uniknac raczka na udach i ramionach;) Maksia oczywiscie co chwila traktujemy 50, co by to sie babcie nie martwily:)
Znajdujemy sie w Pantai Cenang, 10 minut drogi taksowka z lotniska (18RM za taryfe - na tej wyspie nie ma publicznego transportu) Mieszkamy w Melati Tanjung Motel. Pokoj za 100RM, bardzo ladnie i schludnie, tuz przy plazy w samym centrum tej malej miejscowosci. Nie polecamy natomiast Shirin Guest House, baba wredna i jest duzo robali w jej domkach. Cale miasteczko rozciagniete jest wzdluz jednej ulicy rownolegle z plaza. Warto wypozyczyc motor/skuter i zjechac cala wyspe, nam wczoraj udalo sie dotrzec, o czym juz wspomniala Dorotka, na farme krokodyli, wyglada to niby imponujaco, lecz mi jakos zal tych zwierzakow. Zaraz po wizycie na tej farmie zatrzymalismy sie gdzies na poldzikiej plazy, ktora byla pelna malp. Wyczuly one szybko lek Dorotki przed zwierzetami i zaczely na nia warczec i syczec pokazujac swoje kly. Moja kobieta odtanczyla taniec jakiegos szamana wydajac dziwne dzwieki, jednak to nie podzialalo wiec rzucila wszystko co miala w reku i zaczela spierdzielac az sie za nia kurzylo. Do mnie i Maksia jakos pretensji te malpki nie mialy:)
Na sniadanie poszlismy dzis do baru po drugiej stronie ulicy (taki zolty szyld - the oryginal breakfast bar), fajna sprawa, bo mozna zjesc lokalnie, albo europejsko czyli tak jak my dzis - tosty, szynka, jajko sadzone i kawka. Caly taki zestaw dla jednej osoby 9RM.
Na obiad wybralismy sie tym razem do Mumbai Palace, ciekawej hinduskiej restauracji. Okolo 20RM za osobe.
Dzis korzystajac z chwili okazji weszlismy do kawiarenki i odpowiedzielismy na niektore komentarze:)
Jesli chodzi o sprawy techniczne to nie zawsze bedziemy mieli dostep do wifi albo kafejki, wiec posty moga pojawiac ze sporym opoznieniem, np jutro plynienmy na Penang i zanim dotrzemy do Georgetown, znajdziemy nocleg moze byc juz pozno. W miare mozliwosci staramy sie byc na biezaco:)
Wiadomosc z ostatniej chwili. Wlasnie wracamy z apteki, bo Dorotce wyskoczyly jakies bable, myslelismy, ze to od komarow, ale jak farmaceta to zobaczyl, powiedzial:
-Aaaa, jellyfish! (meduza)
Jest to po prostu reakcja alergiczna, mamy juz odpowiednie leki i wszystko bedzie juz dobrze.


my na skuterku:)


urocze malpki, ale moga byc grozne


karmienie krokodyli


nie ma jak to tato zabierze na lody:))

Dorotka pisze - Dzien 9

Dzisiejszy post pisze ja, Dorota. Wyslalam Manka na urlop, zeby za szybko sie nie wypalil ;) Nie wiem od czego zaczac bo uzbieralo sie troche smiesznych sytuacji, ktorych Maniek nie opisal oraz te z wczorajszego dnia.Pewnie bedzie troche chaotycznie :)
Zaczynajac od poczatku lot do Kuala Lumpur przezylismy naprawde spokojnie, nawet sie wszyscy wmiare wyspalismy. Najtrudniejszy jak do tej pory byl transport z i na lotnisko w KL. Autobus jechal naprawde z zawrotna predkoscia.Ja siedzialam po jednej stronie a Maniek po drugiej a nasz syn wymyslil sobie zabawe..jak byl u mnie to darl sie TATA, TATA wiec na "raz dwa trzy" przerzucalam go do Marka wtedy Maksio wyciagal rece w moim kierunku i wolal MAMA,MAMA i nic tylko skok spowrotem do mnie i tak moglby przez godzine. Naprawde wykanczajce fizycznie i nerwowo. Kontynuujac watek o transporcie musze wspomniec lot na Langkawi. Ledwo co samolot oderwal sie od ziemi jak zaczal rozprzestrzeniac sie siwy dym.wydobywal sie z lukow bagazowych, sufitu, okien wtedy Maniek spojrzal na mnie i powiedzial:
-Wiesz Myszka obojetnie co sie wydarzy, pamietaj, ze Cie kocham..
Zreszta potem okazalo sie, ze to nic takiego, ale wysiadamy z samolotu i mowie do niego:
D-Wiesz, to bylo bardzo mile
M- ale co?
D-no to wyznanie
M- czlowiek w chwili zagroznia mowi rozne glupty..
Kurcze, pokochalam takiego wariata ;)
W stolicy Maksio co chwile byl napastowany przez ludzi. Faceci i kobiety caly czas zygali do niego, machali i gadali po swojemu. Czasem nawet bylo mi go zal, ze co 5 min ktos go glaskal, szturchal, ciagnal za nozke itp ale jemu to chyba nie przeszkadzalo bo usmiechal sie szczerze a czasem i sam zaczepial. Tutaj ma w miare spokoj, bo bialych dzieci jest kilkoro, wiec nikt nie jest bardzo natarczywy ale norma jest, ze dostaje ciastka i owoce od obcych ludzi. Wszyscy bardzo, ale to bardzo sa mili.
Tak jak juz Maniek wczesniej wspomnial, brak jest jakichkolwiek sloiczkow-obiadkow. To dla nas byl szok i nie dowiezalismy wiec zrobilismy rajd po supermarketach. O sloikach dla niemowlat nikt nie slyszal a na pytania co jedza takie male dzieci malezyjczycy wzruszaja ramionami i mowia, ze ryz (no w sumie wiadome glupie pytanie, nie?!). Spotkalismy rowniez brytyjczykow z roczna dziewczynka ich tez zapytalismy czym mala sie zywi. Odpowiedzieli, ze je wszystko ale glownie frytki :)) Dodam tylko, ze przez pierwsze kilka dni byl to dla nas ogromny stres i problem bo malezyjskie jedzenie jest potwornie ostre i pomimo iz prosilismy o dania lagodne nie dalo sie tego zjesc. Mielismy sytuacje, ze Maksio glodny czekal na przyklad na zupke, wyrywal sie do pierwszej lyzki a potem.. Nie dalo sie tego przelknac i co tu robic? Ja wpadalam w panike, sa to sytuuacje dla nas stresujace, ale na szczescie juz bardzo rzadkie. Powoli dochodzimy do rownowagi. Maksio zaczyna zajadac sie lagodnymi zupkami z ryzem i kurczakiem w tajskiej restauracji, wiec jest ok.
Maniek nie wspomnial wczesniej, ze naszymi sasiadami z naprzeciwka sa rodacy, Asia i Marcin. Spedzamy razem sporo czasu i jest calkiem przyjemnie;) Wczoraj w czworke wypozyczylismy dwa motory. Maksio jechal w chuscie pomiedzy mna a Mankiem i chyba bylo mu dobrze bo drzemal sobie w najlepsze. Pojechalismy w glab wyspy, gdzie wylonily nam sie wspaniale widoki.Dojechalismy na polnoc, gdzie znajduja sie ladne plaze ale sa tam same ekskluzywne hotele, wiec rada dla podroznikow odwiedzajacych ta wyspe jest taka, ze na Cenang Beach jest duzy wybor i relatywnie tanich noclegow, na zachodzie i polnocy wypas. Odwiedzilismy farme krokodyli, pani w okienku kasowym powiedziala, ze maja ok 2 tysiace krokodyli. Wstep 15 RM ale warto bylo, zalapalismy sie na karmienie gadziorow. Troche pod turystow, ale bylo ok.
Pozniej wieczorem spotkalismy sie na piwku z sympatycznymi artystami, Tomkiem i Mateuszem.
Reasumujac dni nam plyna spokojnie a najwazniejsze, ze my jestesmy szczesliwi i Maks tez.
PS. Witamy na swiecie Franka, gratulacje:)

czwartek, 21 stycznia 2010

środa, 20 stycznia 2010

Obiecane fotki - Dzien 7

wyruszamy w podroz, temperatura ponizej zera...


Maksio przespal atrakcje dnia


centrum Kuala Lumpur, zar leje sie z nieba


rozne sa glowne atrakcje;)


rosnie nam maly chinczyk


na podwieczorek pijemy kokosa, niebo w gebie:)))


Petronas Towers noca


widok z tarasu hostelu Red Dragon w China Town


miedzynarodowa wymiana handlowa


Chicken Fried Rice w tajskiej restauracji


zabawa na plazy:)


widok z naszego nowego lokum, przyjemny:)


to wlasnie nasz raj...


...raju ciag dalszy


wesola rodzinka:)


wtorek, 19 stycznia 2010

Czasem nie jest kolorowo - Dzien 6

Niby nic takiego sie nie stalo, ale jednak...
Na wczorajszy wybor noclegu zdecydowalismy sie kierowani wzgledami ekonomicznymi, czyli po prostu skusila nas cena 40RM za noc. Jednak w nocy po lozku zaczely biegac ogromne karaluchy, Dorotka plakala a Maksio wtorowal jej na rekach. Ja natomiast czynilem mord za pomoca sandala. Dodajmy do tego przemykajace chylkiem po podlodze jaszczurki...
Jak rano oddawalismy klucz wlascicielka zaczela drzec ryja, ze powiedzielismy, ze bedziemy piec dni i mamy jej dac 4 ringity. Wywiazala sie dyskusja. Ja gadalem o karaluchach i innych robalach a ona dalej swoje. Polozylem klucz na stole i poszlismy przed siebie. Szybko znalezlismy inne zakwaterowanie. Mamy teraz elegancki pokoj, tv, klima, lodowka, bajeczne polozenie bo tylko 5 metrow od plazy. Cena tez fajna - 100RM.
Teraz spacerujemy po plazy ogladajac zachod slonca. Maksio biega na golasa po bialym piaseczku wrzucajac muszelki i kamyki do wody piszczac przy tym z radosci.
......
No i jestem teraz w tej kafejce, upload jednego zdjecia 300kB trwal juz ponad 10 min, dlatego przyjde tu jutro jak bedzie pusto w dzien, powinno byc lepiej, nic nie bede pisal tylko zamieszcze te fotki. Przepraszam, ale dzis sie nie udalo...

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Nasz maly kawalek raju - Dzien 5

Oczywiscie rano mielismy ogien z tylka, bo trzeba bylo wczesnie wstac, spakowac sie i zdazyc na autobus, ktory zreszta dlugo nie przyjezdzal. Robilo nam sie juz lekko cieplo, bo byla 8.45, my ciagle na dworcu a o 12 mielismy wylot na Langkawi. Wpakowali nas w koncu w inny autobus i koles zaczal krzyczec:
-We need to chase the bus! (Musimy dogonic autobus!)
Gdzies na autostradzie przesadzono nas i juz bez przeszkod dotarlismy na lotnisko. Aaa, tuz przed wyjsciem z autokaru Maksio puscil pawia na Dorotke, chipsow biedak sie najadl.
Langkawi - a dokladnie Pantai Cenang, tu sie wlasnie teraz znajdujemy. Jest tu pieknie! Bosko! Taka nasza prywatna definicja raju. Czyli bialy piasek, palmy, CIEPLA woda. Mamy w planie zatrzymac sie tu na piec dni i troche sie wreszcie zjarac. Po takim plazowaniu zimny prysznic i spanie na golasa przy wlaczonym wentylatorze jest czysta przyjemnoscia:))
Jest tu sporo kawiarenek internetowych wiec jutro postaram sie wreszcie wrzucic nasze fotki.

niedziela, 17 stycznia 2010

Mala garsc faktow - Dzien 4

Siedzimy w parku, ktory znajduje sie zaraz za dwoma wiezami. Maksio biega sobie po alejkach. Jest mila i ciepla noc. Dzis przysnelo nam sie do 2 po poludniu, zegar biologiczny pomimo naszych staran ciezko jednak oszukac, wiec nic konstruktywnego nie zdzialalismy. Ale nic straconego, bo jeszcze tu wrocimy.
Spedzilismy tu co prawda niewiele czasu, ale pokusze sie o male podsumowanie. W Kuala Lumpur wszystko jest drogie. Dobrze, ze stad wyjezdzamy, bo nasz budzet tego nie wytrzyma;)
Przykladowe ceny (1GBP=5.35RM)
-autobus z lotniska do miasta - 8RM
-jeden nocleg w hostelu Red Dragon - 45RM
-zestaw w mcdonalds - 11RM
-jeden malutki szaszlyk na ulicy - 3.50RM
-kurczak z ryzem i puszka coli na ulicy- 6RM
-porcja Nasi Goreng - 5RM
-bilet na metro za jedna stacje - 1RM, za dwie 1.30RM, za trzy 1.60RM itd
-piwo Tiger - 13RM
-butelka wody - 2.50RM
-pieluszki 19szt - 13RM
-mleko 500ml - 3.20RM
-kilogram winogron - od 7 do 16RM
-trzy banany - 2RM
-paczka fajek - 7RM

Wiadomosc dla rodzicow wybierajacych sie do tego miasta z takim malym brzdacem - wozek, lekka spacerowka to podstawa. Choc krawezniki sa dosyc wysokie po chodnikach jezdzi sie gladko.
Brak sloiczkow, dla nas teraz to maly problem. Chociaz Maksio naprawde ladnie je, musimy starac sie zeby zjadl odpowiednia ilosc. Kaszek za to do wyboru do koloru.
Z naszych skromnych obserwacji: panuje tu spore pomieszanie kulturowe i wszyscy potrafia ze soba wpolgrac.
Centrum, pelne okazalych drapaczy chmur, cudownie oswietlonych noca, jest niczym z obrazka. Wszedzie czysto, poukladane jak w pudeleczku. Chodniki, drzewa, fontanny - czyli park za Petronas Towers jawi sie niczym idealna makieta stworzona przez zdolnego architekta. Bardzo dobrym rozwiazaniem sa podwojne drzwi na stacji metra, na tory nikt nie wejdzie poki nie wjedzie pociag, wtedy otwieraja sie drzwi. Cos jak winda tyle ze w poziomie. Dzieki temu jest do bolu bezpiecznie, Maks mogl biegac sam po peronie.
Zla wiadomosc dla samobojcow - nie da sie wpasc pod pociag.
Pare slow o Chinatown. Nasz rodzimy sanepid mialby tu troche pracy, ale nam czyscioszkom to nie przeszkadza. Tu wlasnie znalezlismy nocleg, nie jest to trudne zadanie, bo guesthousow, hosteli i hoteli jest tu bardzo duzo, wiec kazdy moze znalezc standard dla siebie. Blisko takze do dworca autobusowego, do metra, do Little India oraz jest tu duzo zarcia pod kazda postacia (dlaczego nigdzie nie widzialem biegajacego szczura?!)

Dziekujemy wszystkim za mile komentarze, czytamy je po kilka razy. Fajnie wiedziec, ze jednak ktos do nas zaglada. Niestety z palmtopa nie moge odpisywac. Jak tylko bede mial dostep do komputera nadrobie zaleglosci.

Jutro w poludnie mamy wylot na wyspe Langkawi.
Ogolnie jest zajebiscie.

sobota, 16 stycznia 2010

Petronas Towers - Dzien 3

Jako, ze nie mamy ze soba przewodnikow, zajelo nam troche czasu, zeby zorientowac sie jak dojechac do centrum. Tak zreszta jest fajnie, koniec jezyka za przewodnika. Wychodzimy juz z metra na ponoc wlasciwej stacji i pytamy sie pierwszego lepszego kolesia
-Przepraszam, jak dojsc do petronas towers? - Koles nic, tylko sie dziwnie patrzy...
No to mysmy zadarli lby do gory
-Achaaa - to nasza spostrzegawczosc
Na gore nie wjezdzamy bo trzeba byloby wstac po bilety o 6 rano, a nam sie zwyczajnie nie chce. Pokrecilismy sie troche po okolicy, same drapacze chmur. Zywilismy sie caly dzien w lokalnych barach, dopiero na wieczor wrocilismy do chinatown i wsrod innych bialych turystow zjedlismy posilek (za 60RM a nie za 6 jak na miescie). Nam bardziej jednak odpowiada przebywac tam gdzie miejscowi, zjesc to co tambylcy, poruszac sie zwykla komunikacja miejska. Tak jest ciekawiej.
Zakupilismy czteropaskowe sandaly marki Abiba, Maksio w nich pogina ze hej. W ogole to nasz syn wzbudza powszechny zachwyt, mile to bardzo i duma rozpiera.
Jesli chodzi o sprawy techniczne to narazie nie mam mozliwosci wrzucenia fotek, jak tylko dorwe jakis komputer to ujrzycie nasze mordy;)

piątek, 15 stycznia 2010

Orzel wyladowal;) - Dzien 2

Rany jak tu goraco! Po wyjsciu z samolotu parne i niemal namacalne powietrze otoczylo nasze ciala. Tego nam wlasnie brakowalo, tego zapachu rozgrzanej ziemi i trawy. Za tym tesknilismy!
Autobus za 8RM za osobe zabral nas do chinatown, teraz siedzimy w lobby hostelu Red Dragon i zaraz szykujemy sie do snu, jest 1 w nocy czasu lokalnego, lecz dla nas to ciagle 17, ale po trzynastu godzinach lotu nie bedzie to chyba problem. Maksio juz na poczatku zgubil sandalka, wiec teraz popierdziela na boso. Jutro ruszamy na podboj miasta. To by bylo dzisiaj na tyle, dobranoc:)

Podroz rozpoczeta!!! Lecimy do Kuala Lumpur - Dzien 1

A wiec to sie dzieje naprawde... Gdy to pisze jest 0030 czasu angielskiego, od godziny lecimy airbusem A340-300, Maksio smacznie sobie spi u Dorotki. Ja ciagle nie moge uwierzyc w to co robimy, jakby to dzialo sie gdzies obok w swiadomosci...
Przejazd z prowincji na lotnisko Stansted przebiegl dosc sprawnie, pociag do Manchester, potem bardzo szybki pociag Virgin do London Euston, metro i znowu pociag. Elegancko.
W ogole to chcialem bardzo podziekowac w imieniu swoim i Dorotki wszystkim naszym znajomym, ktorzy w ostatnich tygodniach nam pomogli. Dziekujemy!
Wlasnie zgasili swiatlo w samolocie, chyba czas na mala drzemke... Za oknem ciemno, wkrotce bedziemy przelatywac gdzies blisko Polski:)
Nastepny przystanek - nieznane. Albo bardziej przyziemnie, Kuala Lumpur wieczorowa pora:)

sobota, 9 stycznia 2010

Wielkiej Wyprawy - Poczatek

Jestesmy szurnieci, urwani z choinki czy takie tam... Dlaczego?
Postanowilismy pojechac w Swiat, a dokladnie do Azji Poludniowo-Wschodniej. Zaczarowani orientem po krotkim pobycie w Tajlandii chcemy tam powrocic, tym razem na dluzej, pol roku, moze rok, ale ktoz to moze wiedziec?:) We wstepnym planie jest Malezja, Singapur, Tajlandia, Wietnam, Indonezja. Checi mamy ogromne, doswiadczenie bliskie zeru, wiec bedzie ciekawie.
W wyniku splotu roznych wydarzen doszlismy do wniosku, ze nic nas nie trzyma w jednym miejscu, ze dom nie nasz, tylko wynajmowany, samochod mozna sprzedac itp itd. Praca delikatnie mowiac jest malo satysfakcjonujaca, po powrocie mozna znalezc taka sama albo lepsza.
Wszelakie dobra materialne daja zludne tylko poczucie bezpieczenstwa. Tak naprawde to co mamy to siebie nawzajem, czyli nasza trzy-osobowa rodzinke:) Filozoficznie rzecz biorac sklaniamy sie chyba bardziej ku "byc" niz "miec".
Nie zamierzam nazywac nas szumnie i dumnie podroznikami, bo ciency jestesmy jak dupa weza. Nie wstydzimy sie przyznac, ze lubimy wygrzewac sie na plazy, co dla niektorych moze byc ujma. Robimy to co lubimy:) Tacy z nas turysci, co to postanowili jechac przed siebie, zrobic cos wiecej, zobaczyc troche swiata, zejsc z utartych sciezek, bez biur podrozy, a ograniczeniem bedzie jedynie wyobraznia, wizy i kasa;)
Wrocimy to zaczniemy od zera. Nic nie tracimy, a jestem przekonany, ze mozemy duzo zyskac. Takie to proste;)
Jesli chodzi o finanse, to po pierwsze i najwazniejsze nikt nam pieniedzy na wyjazd nie dal, nie wygralismy tez w lotto. To jest kasa, ktora odkladalismy przez wiele miesiecy. Bylo wiele wyrzeczen. Praca czesto po siedem dni w tygodniu.
Za bilety w jedna strone linii AirAsia z Londynu do Kuala Lumpur zaplacilismy £600. Nasz dzienny zakladany budzet to £30. Oczywiscie bedziemy sie starali wydawac mozliwie najmniej, zalezy to od miejsca pobytu. Np. Singapur jest dosc drogi, wiec zbyt dlugo tam nie zabawimy, ale Indonezja jest wzglednie tania. Tak naprawde to na miejscu zobaczymy ile, kiedy i na co bedziemy wydawac.
Kiedys, kilka lat temu myslelismy, zeby wyjechac w taka podroz, w ogole w tropiki, to trzeba miec wor pieniedzy, wygrac w lotto, no bo jak inaczej?! Ale skoro my, zwykli prosci ludzie mozemy, to przeciez kazdy moze.
Znajomi pytaja sie nas, czy nie boimy pojechac sie z dzieckiem, kiwaja glowa z dezaprobata. Slyszymy: "Nienormalni! Inni! Dziwni! Po co na tak dlugo? Co wy tam bedziecie robic? Za co? Nie lepiej kupic nowy samochod?" "I jeszcze dziecko ze soba taszcza" "Biedne dziecko".....
Jesli ktos sie "umeczy", to bedziemy to my rodzice, choc przypuszczam, ze nie bardziej niz w domu. Maksio jest dzieckiem bardzo absorbujacym, uwielbia wszedzie sie wspinac, nie usiedzi na tylku ani minuty. Odkac nauczyl sie chodzic, a raczej biegac, ciezko go zlapac. Jak maly krasnoludek zapierdziela wszedzie swoimi sciezkami. Musimy miec wiec oczy dookola glowy gdziekolwiek jestesmy. Mysle, ze w podrozy bedzie mial wiecej miejsca do szalenstwa i upustu swojej energii niz w domu czy w parku miejskim.
Obawy sa, przeciez jako rodzice czujemy sie odpowiedzialni za nasze dziecko, ale wszystko jest w granicach rozsadku. Nasz wyjazd jest dostosowany do Maksia i w sumie to on wyznacza miejsca, ktore odwiedzimy, a ktore nie. Planujac trase bierzemy pod uwage min. zagrozenie malaria, nie jedziemy w pewne rejony. Odpuszczamy sobie np: Angkor Wat, Zatoke Ha Long, warany na wyspie Rinca, delte Mekongu. Nic za wszelka cene, nie bedziemy sie napinac:)
Z temperamentem naszego syna bedzie pewnie ciezko z transportem wodnym - tratwy, katamarany itp. W gre prawdopodobnie wchodzi speedboat albo nocny autobus, zobaczy sie:)
Jesli okaze sie, ze przemieszczanie sie jest problemem, zawsze mozemy zaszyc sie na miesiac lub dwa na jakiejs rajskiej wyspie, a co:)

Przygoda zaczyna sie w malej wiosce niepodal Manchesteru, gdzie aktualnie mieszkamy - zaczynamy swa podroz. Rano 14 stycznia 2010 roku wsiadamy w pociag i jedziemy do Londynu. Stamtad linia AirAsia lecimy do Kuala Lumpur... a co dalej? Zapraszamy do lektury bloga, mamy ambicje opisywac kazdy dzien. Zobaczymy co z tego wyjdzie:)