poniedziałek, 8 marca 2010

Dorotki wietnamskie zale - Dzien 54

Dzis Maniek dal wyplakac sie mnie;) Zanim przyjechalismy do Wietnamu, podczas planowania naszych wakacji czytalam troche niepochlebne opinie o mieszkancach tego kraju, o tym ze turystow traktuja jak bankomaty i sa mili tylko wtedy jak maja szanse zarobic. Nie moglam sie doczekac przyjazdu tutaj, bylam bardzo ciekawa ludzi, tych pieknych widokow oraz sprawdzic czy informacje byly prawdziwe. Niestety musze potwierdzic nasze obawy.. Troche na ten temat Maniek juz zdazyl napisac ale ja tez dodam swoje 5 groszy, a co:)
Po pierwsze to jedak zmienilismy lokum. Przeszlismy na spokojnie wioske i okazalo sie, ze na skraju stoi calkiem niepozorny, nowy hotel - Congfu Hotel. Pokoje piekne, duze, w lazience wypasiona duza wanna mysle ze zasluguje spokojnie na 4* a cena tez ok (kosztuje nas 9 dolarow ze sniadaniem), jest internet, nie wspominajac juz o wspanialym widoku z okna. Cudne gory, czyli wszystko co potrzeba:) Przyznam, ze to troche nam rekompensuje inne nieprzyjemnosci. To co moge napisac o wietnamczykach to to, ze wszystko maja w d... Najlepiej zebys dal mu spokoj i nic od niego nie chcial. Nic im sie nie chce, a juz szczegolnie jak nie maja z tego kasy. Na przyklad sytuacja z dzisiejszego ranka. Nasz Titosz wstaje o 6.30 zwlekamy sie o 7 na sniadanie-restauracja rzekomo otwarta od godziy 6 a tam cicho, glucho wszedzie, metalowe zaluzje zasuniete i wszystko pozamykane na dziesiec spustow (ciekawe jakby byl pozar, albo inne nieszczescie ale dobra) po dlugiej chwili pojawia sie zaspany pan z recepcji, pare minut potem reszta obslugi. Przed osma zamawiamy sniadanie, Maniek prosi o to 2 razy (wiemy juz, ze trzeba powtarzac po pare razy) mija pol godziny, ja zaniepokojona, co tak dlugo wchodze do kuchni a tam wszyscy dlubia w nosie, doslownie! To nie jest przenosnia!! Siedza patrza w sciane i dlubia w nosach, kurcze no tutaj Maks juz przebiera nogami, lata tam i spowrotem wolajac JAJO glodny jak cholera a tu co.. Skladamy zamowienie ponownie ale znow zgrzyt. Rozumiem, ze byloby duzo gosci, wszyscy zajeci uwijaja sie ale oni naprawde nic nie robili, a nie spieszylo im sie bo nie mieli profitu, sniadanie mamy w cenie noclegu. Musimy uzbroic sie w cierpliwosc tylko jak dziecku to wytlumaczyc. Zapomnialam wspomniec, ze rano pierwsza czynnoscia panow z obslugi jest zapalenie z bambusowej wielkiej dlugiej fajki. Potem, w ciagu dnia jeszcze wielokrotnie siegaja po nia. Efektem jest wiecznie metny, rozbiegany wzrok i szalencza jazda motorem. Na takich bardzo trzeba uwarzac, bo taki typ jak jedzie to nic kompletnie nie widzi.
Niewspomne juz o lokalnym napoju tj wino ryzowe czyli bimber. Pija go litrami. Mozna kupic go wszedzie, sprzedaja z kanistra i przelewaja do plastikowej butelki. Maniek zostal poczestowany i jak pil to paszcze mu wykrzywilo bo takie mocne haha.
Wydaje mi sie, ze wietnamczycy oszustwo maja we krwi, bo to ze nas oszukuja to juz wiemy ale, ze siebie nawzajem?! Kupilam kanapke na lotnisku a ze skladala sie z kilku warstw wiec aby dac Maksiowi musialam rozwarstwic, oczywiscie chcialam dac mu ta z szynka a tam co?? Cieniutki paseczek szynki tyle co z brzegu, to samo z pomidorem i cala reszta skladnikow, no rece zalamac, cala kanapka w srodku pusta tylko z przodu zeby wygladalo ze taka tresciwa. Zreszta tak samo jak ciastka z kremem, przy wylocie z jednej i z drugiej strony centymetr kremu a w srodku pusto. Juz przezwyczailismy sie ze na opakowaniu jest calkowicie co innego niz w srodku. To znaczy rysunek nie przedstawia produktu tylko calkowicie co innego. Na przyklad na opakowaniu pokazane sa roladki w czekoladzie a w srodku suchy wafel z odrobina niewiadomo czego, cena oczywiscie jak za luksusowa slodycz. Czekolady tu nie uswiadczysz, tylko i wylacznie produkty czekoladopodobne.
Tak jak juz wczesniej Maniek wspomnial zostajemy tu do konca miesiaca, wiec zaczynamy sie oswajac i powoli aklimatyzowac. W Songkhla poznalismy pewnego wlocha, gosc podrozuje po Azji od listopada i rowniez byl w Wietnamie. Pierwsze co powiedzial, to ze trzeba nauczyc sie rozmawiac z wietnamczykami i potrwa to pare dni zanim zajarzymy o co chodzi. Chyba juz wiemy a raczej Maniek wie bo ja jestem zbyt mietka i nie lubie chamstwa. Ale widze, ze dziala na nich stanowczy podniesiony glos, czasem ruch reka.
Poza tym jestesmy w malym miasteczku posrodku gor, dla wielu ludzi, szczegolnie tych z wyzszych parti gor wielkim zaskoczeniem jest wozek. Nie moga sie na niego napatrzec, jedna starsza kobitka podeszla do nas najpierw nachylila sie nad Maksem w wozku a potem zaczela mnie klepac po plecach, co mialo oczywiscie znaczyc zebym wziela go na plecy. Po czym pokiwala glowa i odeszla :)
Jestesmy wysoko w gorach wiec temperatura jest zmienna. Przez pierwsze 2 dni bylo naprawde cieplo i wystarczyl tylko podkoszulek i krotkie spodenki, a od wczoraj szaro i pochmurnie. Nosimy na sobie wszystkie cieple ciuchy jakie wzielismy ze soba czyli po dwa polary i dlugie spodnie. Jest naprawde zimno :)
Na koniec dodam, ze sa jaja z internetem, wiekszosc stron zablokowana. Na nasz blog czasem cudem udaje nam sie wejsc. Wiec zalujemy, ale narazie zdjec nie bedzie.

PS. Tu Maniek, wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet, posylam kazdej z Was duzego buziaka:*

1 komentarz:

  1. Moi drodzy,wiem ze wam tam teraz ciężko i nie urlopowo,ale powiem tez ze Wietnamczycy nie rodzą się tacy tylko,uczą się tego wszystkiego.Wy tego nie pamiętacie ,ale ja tak,nie uwierzycie ,ale w Polsce tez tak kiedyś było ,za komuny.Jak zapytacie rodziców to tez opowiedzą wam jak to się czekało na turystów z zachodu ,aby ich przerobić i wysadzić.Tak zwani cinkciarze,wymiana waluty na ulicy,ci byli wyspecjalizowani w tym fachu.To samo było na rożnych targach,a i naszych -polaków-tez nie lepiej traktowano.Co tu dużo mówić,do dzisiaj jak jedzie się do większego miasta ,szczególnie Warszawa to trzeba uważać.
    Opowiem wam moja historie z Warszawy.Chcieliśmy z mężem pojechać do znajomej,metrem ,a była niedziela.Rozglądałam się za automatem do biletów ,ale niestety nie znalazłam ,ale za to zobaczyłam policjanta i pomyślałam ,ze się go zapytam gdzie mogę kupić bilety.Pan policjant prowadził rozmowę telefoniczna wiec nie chciałam za bardzo przeszkadzać i odczekałam chwile ,powiedziałam słowo przepraszam czy mógłby mi pomóc ,a on obrócił się dupa do nas,jak by nas nie było.Normalnie było mi tak głupia przed moim mężem ,jest Niemcem,a on tylko się śmiał,bo co miał powiedzieć ,oto gościnność i uprzejmość Polska.Wiec nie zniechęcona tym wszystkim ,poszłam do przejścia podziemnego ,a tam był miły pan ochroniarz ,który mnie poinformował ,ze w niedziele nie kupie nigdzie biletów tylko u niego ,ale!!! trochę drożnej ,bo każdy musi na czymś zarobić.Poszliśmy kawałek dalej,bo tam nie było kamer i dobiliśmy transakcji, na jednym bilecie dwa zeta drożnej.Ledwo weszliśmy na peron ,właściwie to byliśmy jeszcze na schodach ,a już doskoczyli do nas panowie kanary i kazali szybko bilety pokazywać.Jak sobie to wszystko przypomnę to ta wsza opowieść nawet mnie tak bardzo nie dziwi,bo każdy musi zarobić,jak to określił pan ochroniarz.Wniosek jest taki, są ludzie i ludziska,każdy orze jak może,u nas w Europie robi się to tak samo tylko z gracja i bardziej zawoalowane. Pozdrawiam Hanka

    OdpowiedzUsuń