środa, 14 kwietnia 2010

Happy New Year! Po raz trzeci:) - Dzien 90

Tak sie zlozylo w ostatnich czterech miesiacach, ze po raz trzeci obchodzimy Nowy Rok. Najpierw w Europie, wiadomo kiedy;) Nastepnie 14 lutego Chinski Nowy Rok, a dzis 13 kwietnia Tajski Nowy Rok, znany pod nazwa Songkran.
Istne szalenstwo!





Zaczyna sie wszystko rano. Dosc niewinnie zreszta. Dzieciaki szykuja sprzet: karabiny na wode, wiadra i miseczki, weze ogrodowe i inne psikawki. Cel: zmoczyc do suchej nitki wszystkich dookola. Skad my to znamy? Przeciez to nasz polski smingus dyngus. Z ta mala roznica, ze tutaj jest 30st w cieniu... Poranny czas mozna nazwac beztroskim polewaniem ludzi mala iloscia wody. Ciekawa sprawa jest smarowanie twarzy woda z rozpuszczonym talkiem. Woda wysycha i zostaje bialy puder. Cos jak indianie idacy na polowanie. Czasem mozna dostac chlust z taka woda, i zamiast ladnych wzorkow mamy biale plamy  na calym ciele.







Natomiast poznym popoludniem sprawa zaczyna robic sie bardziej powazna. Na ulicach kraza wolno pickupy pelne uchachanych osobnikow uzbrojonych w stulitrowe baniaki z woda i miski. Dodajmy do tego glosna muzyke plynaca z samochodow i ludzi tanczacych na ulicy. Kazdy pije piwo. Kazdy polewa wszystkich dookola. Impreza na calego az do upadlego...
A teraz my:)
Rano jedziemy motorem na pobliska plaze, zaliczamy pare chlustow od dzieci. Jest sielanka i duzo smiechu. Zreszta po kilku minutach ubranie calkowicie wysycha.
Jest godzina 16, nieswiadomi zagrozenia postanawiamy podjechac do Thongsala po owoce. I tu zaczynaja sie blokady na drogach. Miejscowi robia wszystko, zeby zatrzymac nasz motor, lub chociaz go spowolnic. Na przyklad klada sie na drodze... Nie ma szans ujsc na sucho. Nie byloby to takie zle, gdyby nie to, ze do miasta mielismy spory kawalek, a takie blokady byly co 200 metrow. Zaczelo robic sie nieciekawie, bo Maks plakal i zaczal trzasc sie z zimna, polewany co chwila zimna woda. Wiec dla nas zabawa sie skonczyla. Starajac sie unikac kolejnych atakow dotarlismy jakos do miasta. To, co tu ujrzelismy bylo dla nas szokiem. Miasto totalnie zakorkowane przez pelne rozbawionych, pijanych i przemoczonych ludzi tanczacych w rytm muzyki. Wiedzielismy, ze spierdzielamy stad jak najszybciej. Owoce poszly w zapomnienie. Osuszylem i ogrzalem Maksia:

Szczescie, ze duzo jezdzimy po wyspie i znamy juz wiele roznych tras, bo wrocilismy znanym juz skrotem. Prowadzil on poprzez lubiane przez nas bezludzia. Co nas uratowalo od kolejnych wodnych atakow.

2 komentarze:

  1. Biedny Maksio:-(

    OdpowiedzUsuń
  2. Echhh ja tez sie wybiore, na pewno. Bede tanczyc, pic piwo i chlupac sie wodą caly dzien :). Jak narazie to trzeba skrobac plytki i naklejac naklejki, hehe. Kiedy wracacie ? Martyna :)

    OdpowiedzUsuń