niedziela, 18 września 2011

Jest z nami piaty pasazer... - Dzien 6

Ech miotamy sie. Na autobus o 12.45 nie bylo juz biletow, ciapy jestesmy. Nastepny o 18.15, no po prostu super. Ech ech musimy sobie przypomniec pare spraw technicznych, jak sie organizowac oraz przyswoic pare nowych aspektow, bo jest nas troche wiecej. Jak narazie duzo sie przemieszczamy i nie jest to fajne. Powiedzialbym nawet, ze fizycznie meczace - kiedys mielismy jeden duzy plecak i jedno dziecko, natomiast teraz mamy dwa duze plecaki i dwojke dzieci (a na tragarza nas po prostu nie stac).
Teraz juz wiemy, ze musimy zweryfikowac swoje plany, czyli zrobic ciecia. Odwiedzic mniej miejsc, ale zostac w nich dluzej. Gabrielkowi wszystko jest obojetne, bo jest caly czas noszony i szczerzy sie do wszystkich swoim jednym zabkiem. Natomiast Maks potrzebuje troche wiecej stabilizacji i duuuzo czasu na place zabaw i inne dobrze mu znane przyjemnosci:)
Wracajac do dnia dzisiejszego. Zeby wzajemnie sie uszczesliwic podczas oczekiwania na autobus odwiedzilismy znajdujacy sie tuz obok dworca historyczne i godne polecenia miejsce, czyli hipermarket Tesco hahaha:)))

***

Zajechali my do Mersing, ale jak... Kierowca byl chyba nie w pelni wlacz umyslowych, pedzil jak szalony, scinal zakrety, czasem ryl kolami pobocze. Nam serca podchodzily do gardel, za to miejscowi siedzieli nieporuszeni i robili to, co kochaja najbardziej, czyli mietosili swoje telefony.
Przybylismy dosc pozno w nocy i wzielismy nocleg w pierwszym lepszym hotelu wong cos tam krzaczki pong, gdzie powiedzenie "karaluchy pod poduchy" nabiera calkiem innego znaczenia... Nawet nie zapalamy swiatla, tylko od razu padamy na lozka. Rano pobudka na prom.

oto nasz dodatkowy pasazer, lubi malezyjska odmiane gruszek...

1 komentarz:

  1. Pierwsze skojarzenie z tytułem: kolejna fasolka w drodze ;-)

    OdpowiedzUsuń