poniedziałek, 19 grudnia 2011

Nie ma jak u Babci!

Mańki meldują, że są w Krakowie... oj fajnie jest u Babci, fajnie... i pierogi są, i rosół jest, i ciasto, i dzieciaki dokazują i piszczą z radości. Tak mało brakowało a tego wszystkiego by nie było... cofnijmy się może myślami do dzisiejszego poranka.
Nic nie zapowiadało stresu, biegania i potu z tyłka. Normalnie pobudka 3.30, samochodem na lotnisko, luzik bluzik. Do odprawy dzikie tłumy, ale my sobie spokojnie czekamy, bo jakie mamy inne wyjście? Powoli czas się zagęszcza. Po nadaniu bagażu idziemy szybko do kontroli paszportowej a później osobistej. Tu też pełno ludzi. Obsługa sprawdza wszystko, każdą niemal rzecz, aż do przesady. Nie mogę się nadziwić, bo czegoś takiego nigdy nie było w Azji, ale dobra. Czas się kurczy coraz bardziej. Sprawdzam szybko na tablicy informacyjnej, a tam "final call" czyli ostateczne wezwanie do bramki numer 5. No więc z dzieciakami na plecach i z czterema bagażami podręcznymi (zawsze musimy po swojemu interpretować przepisy haha) BIEGNIEMY slalomem pomiędzy półkami duty free mijając spacerujących podróżnych. Jako ostatni wpadamy do samolotu. A że przypadkiem robimy wokół siebie troszkę szumu - przypominam z dwójką małych dzieci na rękach, czterema tobołami i górą ciuchów, w ciasnej przestrzeni wnętrza samolotu - to pasażerowie sami z siebie zamieniają się miejscami, żeby tylko mańki siedziały razem:) no złoci ludzie normalnie hahaha. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Nie obyło się bez małych strat. Gdzieś po drodze zgubiliśmy zimowy śpiworek do wózka i czapkę Maksa (z Bobem Budowniczym jeśli to kogoś interesuje)
A plan na jutro? Zakupy w Biedronce! Ekscytacja sięga granic, no chyba zrobię wideo-relacje.

1 komentarz:

  1. Na face sprawdź moje Biedronkowe zakupy z Rzymu :)

    OdpowiedzUsuń