wtorek, 18 grudnia 2012

Jak kupić bilet na pociąg w New Delhi - dzień 7

Na dzisiaj wyznaczyliśmy sobie pewne zadanie. Kupić bilety na pociąg do Agry. Dużo czytaliśmy na ten temat, że jest to ciężka sprawa. Turyści są odsyłani z miejsca na miejsce. Że pełno jest oszustów i nabycie takich biletów jest wyzwaniem. Szczególnie dla kogoś,  kto pierwszy raz jest w Indiach.
Bilety po normalnej lokalnej cenie można kupić wyłącznie w biurze dla obcokrajowców po uprzednim okazaniu paszportów a czasem i wydruku z bankomatu lub kantoru (potwierdzenie skąd pochodzą rupie które posiadasz). Wiadomo tylko, że biuro to znajduje się na pierwszym piętrze. I tyle.
Jak to było z nami? Czy udało nam się kupić te głupie bilety?

Wybraliśmy się na stację kolejową. Chcemy wejść do budynku, podchodzi do nas koleś, nazwijmy go nr.1. Otóż ten pan rozkazującym tonem żąda od nas biletów. My ich oczywiście nie mamy. Pan pokazuje nam swoją legitymację pracownika kolei i zdecydowanym tonem mówi, żebyśmy nikomu tutaj nie ufali, bo tu jest pełno oszustów, i on pokaże nam gdzie można kupić bilety na pociąg. Pokazuje nam mapę, objaśnia gdzie jesteśmy (przypomnę, że stoimy przed głównym budynkiem stacji) i nakazuje podróż tuk tukiem do biura rezerwacji dla obcokrajowców.  Wyjaśnia nam, że tu gdzie jesteśmy kupuje się tylko bilety na pociągi odjeżdżające tego samego dnia, najpóźniej za dwie godziny. B Z D U R A. Uprzejmie dziękujemy. Pan nr. 1 robi się agresywny. Przechodzimy przez bramkę pomimo jego usilnych protestów i gróźb. Zaczyna krzyczeć, że zapłacimy karę za wejście bez biletu. Ok, cofamy się spokojnie, żeby rozejrzeć się po okolicy. Nagle jak spod ziemi wyrasta pan nr. 2. Mówi,  że to prawda, że kasa biletowa dla obcokrajowców jest tutaj w tym właśnie budynku, ale została przeniesiona w inne miejsce ze względu na malowanie ścian. No i ten pan nr. 2 obrazowo pokazuje jak macha się pędzlem. I żebyśmy nikomu tutaj nie ufali, bo pełno oszustów i musimy wziąc  tuk tuka by pojechać do tej czynnej kasy. B Z D U R A. My idziemy dalej przed siebie, pan nr. 2 robi się agresywny. Ignorujemy go kompletnie i w końcu macha na nas ręką, my natomiast wracamy do punktu wyjścia. Rozglądamy się spokojnie i postanawiamy przebić się  tam gdzie pan nr. 1 straszył nas karą.  Udało się, wchodzimy schodek po schodku na górę bardzo ciekawi co tam jest... oczom naszym ukazał się długi wiadukt i zejścia na perony, ajjj jednak to nie to:) ale idziemy prosto do końca. W dole widzimy kotłujących się ludzi czekających na peronach na pociąg. Już wiemy co nas będzie czekać. Na końcu wiaduktu zaczepiam (tym razem ja) pana nr 3, który kieruje nas na peron 1 twierdząc, że tam jest biuro dla obcokrajowców. Jednak my już wiemy, że to następna bzdura. Postanawiamy kolejny raz wrócić przed budynek stacji. Dorotka zaczepia młodego chłopaka - jakiś przypadkowy podróżny. Ten bez problemu tłumaczy nam jak dojść do biura na pierwszym piętrze. Testujemy kolejną możliwość, już nikomu nie ufając.  Po drodze znów zaczepia nas nerwowo i agresywnie pan nr 1. Wykrzykuje, że nie możemy dalej iść, retorycznie pytając czy nie rozumiemy po angielsku. Ja mam ochotę powiedzieć mu brzydko parę epitetów na dowód tego, że rozumiem. Natomiast Dorotce lekko puszczają nerwy i wdaje się w pyskówkę z tym palantem.
W końcu zmierzamy w kierunku zaproponowanym przez młodego chłopaka, docieramy do głównej hali, gdzie skręcamy w prawo w boczny korytarz. Jest, w końcu jest to czego szukaliśmy dobre 40 minut . Tam też znajduje się tablica (oczywiście schowana przy wejściu na schody) informująca o biurze na piętrze. Nasza radość jest naprawdę wielka! Dotoczyliśmy się na miejsce, okazało się, że kolejka jest całkiem spora. Siedliśmy sobie więc na końcu, dzieci zasnęły nam na rękach. Na oko co najmniej dwie godziny czekania jak nie więcej... Spokojnie zaczynam wypełniać papierki kiedy Dorotka mnie woła. Okazało się, że miły pan wskazał na nią, żebyśmy podeszli bez kolejki. Bardzo miłe uwieńczenie naszych poszukiwań i jeszcze milsze zakończenie. Bardzo sprawnie nabywam bilety i bardzo zadowoleni z siebie wychodzimy.
Wychodząc powstrzymuję chęć pomachania biletami przed nosem pana nr 1.
Cel oszustów? Naciąć białasa na kasę, czyli wysłać go do prywatnej agencji turystycznej (z wielkim napisem India Government Information), żeby sprzedać bilet w cenie kilkukrotnie wyższej. Co im się bardzo, bardzo często udaje. Dla przykładu nasz bilet na dworcu z New Delhi do Agry kosztuje 140 Rupii za osobę. W takiej agencji trzeba wybulić między 300 a 800.

***

Może komuś kiedyś przydadzą się następujące informacje:
Kasa biletowa dla obcokrajowców znajduje się  w budynku głównym, na pierwszym piętrze.  Idziemy od głównej ulicy, przechodzimy ogromny napis NEW DELHI po prawej stronie jest duże wejście, bramka, gdzie skanuje się bagaż i idzie się na perony.  Tam się kierujemy jak mamy już bilety;)  Do kasy należy skręcić w lewo ok 40 metrów do dużego budynku, zresztą jedynego w okolicy. Pierwsze pomieszczenie jest niewielkie, są tam tablice na których sprawdza się nr pociągu i godzinę odjazdu. Jest duże prawdopodobieństwo, że naciągacz właśnie tam nas zaprowadzi, po czym szybko wypędzi z budynku. My idziemy kolejne 20 metrów i docieramy do wielkiej hali z kasami biletowymi. Na samym początku tej hali, po prawej stronie jest jakby klatka schodowa gdzie znajduje się tablica, że trzeba wejść na pierwsze piętro i tam już są strzałki kierujące nas do celu.  Niby takie proste, a jednak...

TU KLIKNIJ ABY OBEJRZEC RELACJE WIDEO

1 komentarz:

  1. Wow, wycieczka do Indii to coś co mi się naprawde marzy. ale wasza historia o tym jak się kupuje bilety trochę mnie przeraża. W ogóle ta kultura mnie przeraża, zupełnie inna niż w Europie

    OdpowiedzUsuń