sobota, 1 marca 2014

Chill Out Town, czyli witamy w Vang Vieng


Wychodzę z założenia, że podróżując nie wracam do tych samych miejsc. Jest przecież tyle do zobaczenia na tym świecie. Czasem jednak coś potrafi mnie zauroczyć, na tyle, żeby zacząć snuć plany: kiedy mogę znów tu przyjechać? Jednym z takich miejsc jest Vang Vieng, małe miasteczko w Laosie, położone całkiem niedaleko od granicy z Tajlandią.

Pierwsze, co możemy zauważyć w tej małej mieścinie to banany. Banany na twarzach, głównie Australijczyków, przechadzających się tu i ówdzie wolnym krokiem. Ogólnie panuje atmosfera luzu, sami młodzi ludzie, taki backpackerski klimat, bez spinki :)
Choć jest to miejsce dość turystyczne, wszyscy są tu mili i otwarci. Jedzenie jest bardzo dobre, to właśnie tutaj jadłem najlepsze red curry z ryżem.
Ale to, co najbardziej mnie urzekło to natura. Piękna, majestatyczna i (prawie) niezadeptana. Wystarczy wziąć motocykl, by po kilkunastu minutach jazdy cieszyć się niczym niezmąconą ciszą. Gdzie się ruszyć pełno jaskiń. Jedna fajniejsza od drugiej. Ze względu na wiek naszych synków i ich możliwości nasze zwiedzanie jaskiń było dość pobieżne. Lecz już snujemy plany, że jak chłopaki podrosną wrócimy tu z dobrym obuwiem i porządnymi czołówkami.

A jak zmęczymy się eksploracją jaskiń i podziwianiem okolicznej przyrody, to można spokojnie spędzić cały dzień nad rzeką popijając shake lub zimne piwko.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz