sobota, 1 marca 2014

Laotański przepych - Luang Prabang


Zasiedzieliśmy się trochę na północy Laosu, czas było ruszyć dalej. Przed nami Luang Prabang, czyli miasto wpisane na listę Unesco, a to do czegoś obliguje. Przepiękne świątynie, dopieszczone uliczki i domy, tak właśnie wygląda to ładne kolonialne miasteczko. Ale ceny też są tu ładne. 26 dolców za norę...
Tak oto Mańki zaznały trochę kultury ;)



Z Luang Namtha jedziemy ponad 10 godzin, kręta górzysta droga, wszyscy bełtają, autobusowi nadaję imię Bełtobus. Trasa szutrowa, asfalt występuję dość rzadko. Klima prawie nie działa, śmierdzi rzygami. Jest interesująco ;) Do Luang Prabang przyjeżdżamy porządnie wymięci.

 Biedna kobieta wymiękła, leżąc na worku ryżu, co jakiś czas puszczała sobie pawia do woreczka.

Oczom naszym ukazuje się śliczne francuskie miasteczko. Jakbyśmy się nagle teleportowali z Azji do Europy. Ceny też okazują się europejskie ;) 


Kojarzycie zdjęcia mnichów, którzy bladym świtem idą i zbierają dary od ludzi? O 5 rano przyjeżdża kilkadziesiąt busów, wylewa się z nich kilkaset turystów, żeby cykać fotki mnichom.

 Rejs po Mekongu, czyli spełniło się jedno z moich marzeń :) Taką łódką docieramy do...

 ... jaskini Pak Ou, piękna sprawa >> A TU RELACJA <<

 Zwiedzamy okoliczne świątynie



 Moczenie nóg w Mekongu, przejrzystość wody 5cm >> VLOG Z MOCZENIA NÓG <<

 Bicie w dzwony co 12 godzin, punktualnie o 16.00 - ciekawa sprawa. O 4 rano - już mniej ciekawa ;)

Cztery dni wystarczyły nam, aby pozachwycać się pięknem tego miejsca. Bez żalu ruszyliśmy w stronę Vang Vieng.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz