niedziela, 27 kwietnia 2014

Jeśli Frutti di Mare, to tylko w Ha Tien


W Kambodży mieliśmy małą zagwozdkę, przedłużać wizę o miesiąc i dalej wylegiwać się na plaży, czy może jednak ruszyć dalej do Wietnamu. Koszty wiz i ewentualnych biletów lotniczych były zbliżone. Postawiliśmy jednak na coś nowego. Może wróćmy na chwilkę do przeszłości...
Jest rok 2010, Maksio ma półtora roczku, znajdujemy się na północy Wietnamu w Hanoi i nerwowo kupujemy pierwszy lepszy bilet do Tajlandii, bo już mamy dość!! Dość agresji, chamstwa i dziczy. Tak, Wietnamczycy jawią nam się w najgorszym świetle. W naszym mniemaniu nie mamy tu nic do roboty i spadamy. Mówimy sobie, nigdy więcej tu nie wrócimy! Lecz czas jednak łagodzi trochę doznania, bo po kilku latach obraz negatywny tego pięknego kraju zaciera się. Wszędzie czytamy, że południe Wietnamu różni się od północy, że ludzie są zupełnie inni. Znajomi podróżnicy potwierdzają to co zdołamy wyczytać. Tak więc... Jedziemy na południe!!
Podróż z Kambodży do kraju ludzi rowerami jeżdżących zajmuje nam zaledwie kilka godzin. Trafiamy do mało turystycznej miejscowości Ha Tien, i tutaj zaczyna się... Małże, kałamarnice, ośmiornice, krewetki - wszystko cudownie przyrządzone na lokalnym targu. Pyszności te wzbudzały największy zachwyt u Maksia. Mógłby stać przy tych stoiskach godzinami i dotykać ślimaki, głaskać ośmiornice i brać do ręki kałamarnice i kazać sobie robić z nimi zdjęcia haha ;)
Nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem owoców morza, teraz wiem dlaczego. Tutaj w Ha Tien przyrządzane są one w sposób mistrzowski. Po raz pierwszy w życiu spróbowałem małże, OMG jakie to pyszne! Smażona na grillu z orzeszkami ziemnymi i drobno pokrojonym szczypiorkiem :) po prostu niebo w gębie.
Kiedyś w Kuala Lumpur w China Town próbowałem ośmiornicy, była gumowata i niesmaczna. Tutaj? Rozpływająca się w ustach i pyszna.
Ceny? 2.50zł za jedną małżę, 4zł za rybę z grilla, 15zł za kraba. Czyli można było najeść się do syta.

Słowem jeśli jeść owoce morza, to tylko w Ha Tien.

Wracając jednak do mieszkańców południa Wietnamu, są tak samo agresywni i niezdrowo impulsywni... nie ma żadnej różnicy pomiędzy zimną północą a słonecznym południem. Jest dokładnie tak samo, czyli trzeba mieć się ciągle na baczności podczas zakupów, płacenia rachunku w knajpie, czy przypadkiem nie zamawiałeś wirtualnego homara haha i nie musisz za niego zabulić.
Z pewnością podróż po Wietnamie byłaby dla nas przyjemniejsza, gdyby nie towarzyszyły nam dzieci. W stosunku do naszych pociech Wietnamczycy są nachalni, szczypią za policzki, trącają ręką a czasem nogą. Szczytem naszej cierpliwości był dzień, kiedy Gabryś dostał po policzku cios... paczką czipsów od handlary na stoisku ze słodyczami. Ten gest oczywiście wynikał z sympatii. W ogóle Wietnamczycy towarzysko dają sobie kopniaki, popychają się i szturchają... no cóż, taki sposób bycia. Nam to nie pasuje i ciężko wytłumaczyć trzylatkowi, że ktoś uderzył go w twarz z sympatii. A jeszcze przypomniała mi się jeszcze jedna sytuacja, na nocnym targu jakiś dzieciak zaczął kopać Gabrysia po tyłku... jak mu zasadziłem kopniaka, ech....
Także plany zostały lekko zmienione, i zamiast zwiedzać jeszcze głąb lądu, czyli Deltę Mekongu pojechaliśmy szybko na pełną białasów wyspę Phu Quoc. Tam przynajmniej nie robiliśmy sensacji ze swoimi blond aniołkami.


 grillowana małża z sosem sojowym, szczypiorkiem i orzeszkami ziemnymi

 tato zrobisz mi zdjęcie?

 nauczyliśmy się jak jeść kraba używając specjalnych kleszczy, po przebiciu się przez pancerz czeka na nas pyszne, białe i puszyste mięsko

 nowa fryzura Gabrysia i grillowane krewetki, no pyszności normalnie!

 Maksio mógłby tak godzinami!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz