wtorek, 20 maja 2014

O tym jak rzucić wszystko i ruszyć w nieznane...


Pozwolę sobie znów wrócić do przeszłości, a konkretnie do roku 2010, kiedy to sprzedaliśmy wszystko co się da i z biletem w jedną stronę i z półtora rocznym Maksiem pod pachą ruszyliśmy do Azji Południowo Wschodniej. Jak nam się wtedy wydawało - zdobywać świat... Szczerze zachęcam do lektury tego bloga z tamtego okresu, codziennie namiętnie opisywałem każdy dzień naszej przygody. Tutaj kliknij aby przeczytać o naszej pierwszej podróży. Tej najważniejszej :)

Tym razem nie pozbywaliśmy się wszystkiego, nie mieliśmy już takiej potrzeby. Powoli znajdujemy złoty środek pomiędzy być a mieć, albo po prostu starzejemy się i chcemy mieć swój kąt do którego wraca się po dalekich eskapadach.
Teraz, siedząc w deszczowej Anglii pokuszę się może o małe podsumowanie.

Jak my planujemy wyjazdy?
Wszystko zaczyna się od poszukiwań taniego biletu lotniczego w okolice Bankgoku, Kuala Lumpur lub Singapuru. Ale jeśli np zdarzyłby się bilet na Sri Lankę za grosze to też byśmy nie pogardzili. Przyjmijmy, że mamy już kupione bilety. Następuje czas na nerwowe oszczędzanie i ciężką pracę po 8 dni w tygodniu. Czas już pracuje na naszą niekorzyść haha. Nie ma odwrotu, bilety są, kasa musi się znaleźć. Także pracujemy w pocie czoła aż do dnia wylotu. Bilet mamy w jedną stronę, bo nigdy nie wiadomo co się wydarzy i kiedy stęsknimy się za domem (czyt. kiedy kasa się skończy).
W międzyczasie ciężkiej pracy i zbierania kasy planujemy zarys przyszłej podróży. Rysuję na dużej kartce mapę Azji, zarys krajów, miasta itd. Przeszukujemy fora internetowe, blogi, vlogi oraz przewodniki w poszukiwaniu miejsc godnych naszego zainteresowania. Mając już trasę w zarysie polujemy na tanie loty wewnętrzne Air Asia. Przyznam się, że zdarzało nam się kupować bilety na ROK wcześniej, np z Ho Chi Minh do Kuala Lumpur. Taki lot może ewentualnie przepaść, ale możemy z niego skorzystać. Taki manewr wykonaliśmy trzykrotnie podczas naszej ostatniej podróży. Koszt biletów dla całej naszej czwórki to ok 90zł na krótkie trasy i ok 200zł na dłuższe (np Chennai - Bangkok).
Trasę mamy w zarysie, oczywiście jest ona plastyczna. Zmienia się w trakcie naszej wyprawy. Jeśli na przykład dane miejsce wydawało nam się świetne i mieliśmy tam zaplanowany pobyt na 2 tygodnie, lecz po przybyciu do celu jest kicha. To uciekamy po dwóch dniach naprędce szukając czegoś innego. Oczywiście działa to w obie strony, zdarza nam się zasiedzieć gdzieś i nawet miesiąc, jeśli jest zajebiście.

Aby mieć komfort i luksus dokonywania takich wyborów trzeba być w podróży wiele miesięcy, bo oczywistym jest, że podczas dwu tygodniowego urlopu taki sposób bycia jest nie do pomyślenia. Dlatego tak bardzo kochamy poczucie wolności oraz spontanicznie dokonywane zmiany.

Dodam jeszcze, że każdy może w taki sposób podróżować. Nie jestem nikim wyjątkowym ani szczególnym. Szczególne są wybory dokonywane przez mnie i konsekwencja w dążeniu do celu. Może to slogan, ale tak właśnie jest. Pisałem już o tym kiedyś, że podstawą jest odwaga i przełamywanie własnych barier. Nie bać się rzucić wszystkiego, zostawić za sobą dawne życie i pojechać (prawie) w nieznane. Po jakimś czasie okazuje się, że poczucie bezpieczeństwa, które mieliśmy funkcjonując w pewnym schemacie jest ułudą... A przynajmniej ja tak to postrzegam.

Pieniądze...
Wiele razy słyszałem, że muszę spać na pieniądzach i że ogólnie jestem nieprzyzwoicie bogaty. Otóż nie wygraliśmy w toto lotka, nie mamy spadku po bogatym wujku lub czegoś w tym stylu. Nasi znajomi mają ładny wystrój domu, dobre samochody i markowe ciuchy. My tego wszystkiego nie mamy. Żyjemy raczej skromnie jak na możliwości w Anglii. Bez większych dóbr materialnych. Wszystko jest kwestią wyboru, co kupić a czego nie kupić.
Generalnie żyjąc w Azji staramy się wydawać w miarę jak najmniej. Nie szalejemy z noclegami, nie wozimy się taksówkami i nie jemy w topowych restauracjach. Średnio na dzień wydajemy ok 70-120zł. Do tego dochodzą wejściówki do np Angkor Wat czy Taj Mahal, co liczymy ekstra.
Zdajemy sobie z tego sprawę, że im mniej wydamy, tym dłużej będziemy w podróży.

Plusy naszej ostatniej podróży?
Uwielbiamy spędzać czas w gronie rodzinnym, a czasu mieliśmy całe mnóstwo. Mogłem poświęcić 100% swojej uwagi dzieciom. Dzięki temu Maks nauczył się pływać. Ogólnie nasze dzieci stały się bardziej otwarte na ludzi oraz na nowe doświadczenia kulinarne. Kosztowaliśmy wszystko co się tylko dało, od skorpionów w Bangkoku, przez żaby w Hanoi, kończąc na małżach i ośmiornicach w Ha Tien. Nie wspominam już o całym wachlarzu owoców tropikalnych, którymi się zajadaliśmy :D Tajskie Chicken Fried Rice oraz Pad Thai na stałe weszło do naszego jadłospisu.
Jak na swój wiek, czyli 3.5 i 6 lat nasze dzieci mają sporą wiedzę geograficzną. Wiedzą co jedzą słoń i żyrafa, ponieważ sami karmili te zwierzęta w Singapurze. Na malezyjskiej wyspie Tioman Maksiu gonił za waranami. A gekony co wieczór mówiły nam dobranoc ;) Nie są im obce bambusy, palmy kokosowe i kratery aktywnych wulkanów.

Gdy pytam się dzieci czy chciałyby teraz gdzieś wyjechać, odpowiadają:
- Do Lopburi, miasta małp! - krzyczy Maksio
- Na plażę! - woła Gabryś
- Tak tak, na plażę Otres - dodaje Maksio

Tak więc zaznając stabilizacji i świadomie wpadając w trybiki systemu praca-dom-szkoła-praca-dom snujemy sobie wizje przyszłych podróży przy porannej kawie.
Gdy raz złapie się wiatr w żagle, to już nigdy nie będzie można usiedzieć na dupie.



7 komentarzy:

  1. Przeczytałam cały ostatni wpis jednym tchem. Ja niestety nie jestem typem podróżnika, a wręcz przeciwnie.... jestem takim ... "kanapowcem" heheheh. Super blogasek, cudne zdjęcia i ciekawe wpisy. Powodzena.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My też jesteśmy trochę kanapowcami ;P pozdrawiamy!

      Usuń
  2. Bardzo fajny wpis. "Znalazłam" Wasz kanał na YouTube w październiku i do dzisiaj spędzam codziennie z Wami te kilkanaście minut. Cieszę się, że planujecie regularniej blogować. Osobiście wole czytać :-) Ja również uwielbiam podróże, choć ze mną jest jeden problem. W zeszłym roku wybraliśmy się z mężem na Sri Lankę. Po tygodniu wracaliśmy, bo nie mogłam spać. Każdej nocy budziłam się z krzykiem, śniłam, że po naszym łóżko chodzą te wielkie karaluchy. Wiem, że to koszmarnie głupie, ale nie umiem przezwyciężyć w sobie strachu przez tego typu żyjątkami. Osobiście to bardzo chciałabym wybrać się do Singapuru, Francji i Hiszpanii, choć dla tych rejonów, musiałabym z 2 lata wszystkiego sobie odmawiać. Człowiek wciągnął się w świat mody i kosmetyków, teraz ciężko to wszystko przewartościować. Super, że jesteście i do tego motywujecie. Gorąco Was pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcale nie brzmi to koszmarnie głupio. Ja też mam w sobie różne lęki, boję się wielu rzeczy także rozumiem Cię :)
      Singapur może być całkiem dobrym pomysłem, jest bardzo azjatycko, ale też tak czysto, że można niemal jeść z ulicy.
      pozdrawiam serdecznie,
      maniek

      Usuń
  3. Witajcie!! Maniek tak bardzo zachęcałeś na You Tube do wizyty na Blogu, więc jak nie skorzystać z takiego zaproszenia;) Dziękuję za możliwość wejrzenia do Waszego świata. Cóż mogę więcej napisać... ciekawie, z pasją, ciepło i rodzinnie a przede wszystkim naturalnie bez plastiku. Chętnie będę Was podczytywać i kibicować Waszym poczynaniom.Serdeczności:)

    OdpowiedzUsuń
  4. szukam bratniej duszy coby miała odwagę ruszyć w świat - by życie było podróżą, pracować by przeżyć a nawet łowić rybki w tropikach;) a nie pracować by móc na 14 dni wyjechać, jeśli masz dość systemu;) pogoni za gotówką, niepewnej sytuacji politycznej czy też gospodarczej - ciągłej gonitwy za kasą zapominając o tym co ważne, chcesz odkryć na nowo coś w sobie - a może po prostu takie twoje przeznaczenie?;) proszę o kontakt szewczykluk@gmail.com

    OdpowiedzUsuń